Znów to samo. Siedzę patrząc w monitor i zastanawiam się nad samym sobą. Nie mam na nic weny, siły, nic zupełnie nic mi się nie chce. Ferie powoli chylą się ku końcowi co mnie bardzo przytłacza i wpędza w coraz to gorszy nastrój. Nie myślę nawet co to będzie kiedy wrócimy do szkoły i znów zacznie się ten cały szał związany z maturą, która i tak wyjdzie,że normalnie pożal się Boże. Nie dostrzegam w niczym sensu, czytałem troszkę na internecie i wnioskuję że chyba dopadła mnie młodzieńcza depresja i coraz to bardziej się w niej pogrążam.
Mam chwile, że obudzi we mnie się jakaś iskierka zapału ale po kilku minutach przechodzi, a miejsce zapału zajmuje coraz to bardziej rozrastające się wewnątrz mnie poczucie "niepotrzebności", przez które czuję że świat byłby beze mnie o wiele lepszy. Nie byłoby tych kłopotów i obowiązków związanych ze mną i moi najbliżsi byli by szczęśliwsi gdybym nie istniał i nie zaśmiecał świata swoją nędzną egzystencją. Nie potrafię odnaleźć samego siebie w tym wszystkim. Może Zbyt wiele się wokół mnie dzieje i się pogubiłem, albo zbyt mocno wziąłem sobie do serca wydarzenia sprzed ostatnich 4 lat. Nie chciałem pokazać jak bardzo mnie to boli i dusiłem w sobie cały smutek, a teraz przybrał on na sile i niszczy mnie od wewnątrz, a ja nie mam siły sam sobie z tym poradzić, tak więc stopniowo się poddaję i ulegam losowi nie robiąc nic żeby wygrzebać się z tego bagna.
Może wybiorę się z tym do psychologa, chociaż sam nie wiem czy w ogóle to pomoże. Nie pokazuję tego na co dzień ale coś we mnie siedzi. Coś, czyli ogromny żal do samego siebie i obrzydzenie oraz powiększająca się bezczynność które mi ciążą na duszy.
Chciałbym to z siebie zerwać, lecz brak mi sił...